Mąż dzwoni: kochanie, dzisiaj na kolację zaprosiłem gości, dasz coś jeść? Tak jakbym mogła powiedzeć NIE… Zrobiłam przegląd lodówki, zamrażarki. Znalazłam zamrożonego dorsza, sałatę , pęczek zielonej pietruszki. Dorsza rozmrażałam w zalewie z wody, soli i odrobiny octu jabłkowego. Na patelnię wlałam wodę z białym winem i w tej kapieli zanurzyłam pokrojoną w wąskie paski rybę. Przykryłam pokrywką, niech mruga.
Bo wymyśliłam – to ten pęczek pietruszki – że zrobię wreszcie salsa verde , który przyuważyłam kiedyś w książce Tessy Caponi – Borawskiej. Autorka co prawda każe w dzieży składniki rozcierać, ale ja po prostu wrzucałam do malaksera: pokrojony z grubsza pęczek zielonej pietruszki, dwie łyżki kaparów, mały kiszony ogórek, dwa jajka na twardo wstępnie pokrojone ( ogórek zresztą też), pół tuby pasty anchovies i pusciłam maszyne w ruch. Przez „kominek” dolewałam powolutku oliwę.
Potem tylko oblizywałam palce. A, dodałam jeszcze coś, czego w przepisie nie było: łyżkę zielonego pieprzu z zalewy. Nie było wyjścia – tło musiało być delikatnie obojętne. Więc dostali goście ryż gotowany w „dużej wodzie” bez soli, rybę duszoną w winie i do tego gęsty, pachnący pikantny sos.
o, ja też bardzo lubię ten z sos z tejże książki! tyle że ja robię bez anchovies
a dodatek zielonego pieprzu ciekawy, muszę kiedyś spróbować!