Mak wigilijny 1


W zamierzchłej przeszłości  były kluski z makiem. Jak opowiadała mama, kluski to był domowy makaron, do tego utarty mak z niewielką ilością bakalii i miodem. Nigdy tego nie lubiła, więc babcia zaczęła podawać na Wigilię łamańce z makiem. Bez maku wszak wieczerza obejść się nie mogła. Ale domowy łakomczuch – jak wspomina swoje dziecięce lata moja rodzicielka – mak wyjadał, a łamańce zostawały. I skończyło się jak się skończyć musiało: zniknęły w pomroce dziejów mączne dodatki, pozostał sam mak. No, powiedzmy, coraz bardziej zbliżający się do wersji bakalie z makiem.

 Poprzedniego dnia mama zalewała wrzątkiem kilogram ( tak tak, nie pomyliłam się, łakomczuch z niej straszny) maku, potem przekręcała dwukrotnie przez maszynkę ( sitko pasztetowe) , w makutrze ucierała masło na pianę, dodawała po łyżce mak i cukier i na końcu nieco rodzynek i orzechów. Trwało to dobre dwie godziny…

Od niemal 30 lat prowadzę własne gospodarstwo. Mój mąż przyniósł własne zwyczaje wigilijne, moja mama życzy sobie zachowania tych jej bliskich, w rezultacie nasza wieczerza ma własny rytm i porządek. Są potrawy, które odeszły, są takie, które wprowadziliśmy, no i oczywiście na deser jest mak. W mojej wersji przecisnął się na stół wigilijny u teściów. Wprowadziła go także do swego menu bratowa męża, a kto dalej? Któż wie…

W mojej wersji przygotowanie maku zaczyna się na tydzień przed Wigilią. Bakalie – te miękkie – namaczam w słoiczku alkoholem przynajmniej na 24 godziny. Mak  ( 35 dkg suchego) zalewam 1 litrem mleka i niech się pruży na małym ogniu przez 1 godzinę. W tym czasie mak napęcznieje, mleko odparuje i tylko pro forma wyrzuca się masę na sito. Potem zatrudnia kogokolwiek do dwukrotnego przepuszczenia maku przez maszynkę do mięsa, pierwszy raz zwykłe sitko, drugi raz pasztetowe. Ubijam dwa całe jajka z 6 kopiatymi łyżkami cukru. Dodaję po trochu  przekręcony mak, aromat migdałowy (ostrożnie!, żeby nie przedobrzyć), a na końcu odsączone z alkoholu bakalie, grubo posiekane ( uprzednio uprażone) orzechy  i migdały. Całość przekładam do naczynia z pokrywką i wstawiam do lodówki, a jak nie ma mrozu, to na balkon. Mak dojrzewa. I dopiero po tygodniu dojrzewania  jest gotowy. Można słodzić miodem zamiast cukrem  jeśli kto lubi. Można podać udekorowany bitą śmietaną. Jedno jest pewne: dużo  na raz tego maku zjeść się nie da.

                                                                                             

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

CAPTCHA Image

*

One thought on “Mak wigilijny